Internet jest złem koniecznym – wywiad The Black Dahlia Murder

Już w godzinach można odliczać czas do dwóch polskich koncertów The Black Dahlia Murder. Z tej okazji siedliśmy (wirtualnie) z wokalistą i założycielem Trevorem Strnadem, żeby zadać parę pytań na temat obecnych planów zespołu i nie tylko. Jak zaraz się przekonacie, odpowiedzi udzielił wyczerpująco i z chęcią.

Antyportal: Cześć i przede wszystkim dzięki za Twój czas. Wiem, że jesteś zapracowany. Jak idzie trasa koncertowa?

Trevor Strnad, The Black Dahlia Murder: Chwilowo jesteśmy w przerwie między koncertami trasy. Dopiero skończyliśmy jej australijską część z Psycroptic, co było naprawdę super. To była nasza pierwsza trasa od jakiegoś czasu. Za parę dni ruszamy na europejskie festiwale. A tymczasem siedzę sobie w domu, piję piwko i wszystko gra. [śmiech]

AP: Dobrze to słyszeć. Na jesieni pojawi się Wasze nowe wydawnictwo. Czego możemy się spodziewać po „Abysmal”? Przygotowaliście jakieś niespodzianki?

TS: Tak, „Abysmal” ukaże się 18 października i jestem tym naprawdę podekscytowany. I tym, jak się ten album ukształtował. Myślę, że największą niespodzianką będzie to, jak surowo i jak żywo brzmi w porównaniu do ostatnich paru albumów. Założeniem przy jego tworzeniu było nie przesadzić z postprodukcją i z ProTools, jak mają w zwyczaju ostatnio metalowe albumy. Chcieliśmy zachować naturalne brzmienie i myślę, że jest ono o wiele bliższe temu, co robimy na żywo, na scenie. Myślę też, że z tego powodu jest najbardziej energetycznym albumem od czasu pierwszego „Unhallowed”, który też był nagrywany bardziej na żywo. Jestem z niego bardzo zadowolony. Jeśli chodzi o materiał – też myślę, że jest lepszy od wszystkiego, co zrobiliśmy w przeszłości i idzie w kierunku tego, co robimy od czasu „Ritual” i co udoskonaliliśmy na „Everblack”. Teraz ewoluowało to w „Abysmal” i jestem tym naprawdę podekscytowany.

AP: Kiedy piszecie, skupiacie się zatem bardziej na tym, jak będzie to brzmiało naturalnie na żywo, niż na tym, żeby dograć i zmiksować wszystko jak najlepiej?

TS: Wiesz, chcieliśmy, żeby brzmiało to jak najbardziej realistycznie. Używaliśmy wcześniej ProTools żeby kwantyzować perkusję, żeby wszystkie dźwięki były idealnie w swoim miejscu… A nie musimy tego tak naprawdę robić. Wiesz o co chodzi? Chłopaki są bardzo utalentowanymi muzykami i choć nagrywanie trwało może nieco dłużej, żeby uzyskać idealne brzmienie perkusji i reszty bo wymagało więcej prób, to myślę, że było warto. Mam już serdecznie dość tego, jak każdy metalowy album ostatnio brzmi tak samo. Wszyscy używają tych samych sampli perkusyjnych, więc każdy album brzmi jak pieprzony karabin, a to po prostu nie jest realistyczne. Uważam, że był to dla nas dobry ruch – cofnięcie się do tego, jak były nagrywane klasyczne albumy. Wystarczy popatrzeć wstecz przed rok 2000 i posłuchać ogromu świetnych płyt, które były nagrane bez programów komputerowych. W tym przypadku cofnięcie się było dla nas krokiem do przodu, a rezultatem jest bardziej klasycznie i ponadczasowo brzmiący album, który nie jest ofiarą trendów. Tak jak powiedziałeś, bycie zespołem koncertowym jest dla nas priorytetem. Tym bardziej nagranie bardziej naturalnego materiału było dla nas dobrym ruchem.

AP: Myślę, że fani to docenią. Skoro o fanach mowa: powiedziałeś kiedyś, że wasza muzyka jest wypadkową tego, co chcecie sami zagrać i tego, czego oczekują od Was fani. Którą z tych rzeczy mieliście na uwadze bardziej podczas nagrywania „Abysmal”?

TS: Hmm… Chcieliśmy trzymać się tego, co mieliśmy do powiedzenia pierwszym krążkiem „Unhallowed” – być agresywnym, ale przy tym jednocześnie melodyjnym zespołem. Zawsze jest to przeciąganie liny między tym, co już nagraliśmy, a tym, co chcemy przedstawić jako The Black Dahlia Murder. Ale myślę też, że z każdym kolejnym albumem wprowadzamy więcej technicznego grania, więcej muzykalności, lepszego pisania, lepszej dynamiki… Tak naprawdę więc obydwie rzeczy się liczą. Chcę, żeby fani byli zadowoleni; żeby postrzegali nas jako instytucję – tak jak ja patrzę na Cannibal Corpse. Można na nich polegać: wiadomo, czego się spodziewać; wiadomo, że album będzie zajebisty. Wiesz, co mam na myśli. Nie powiem, że nie będzie niespodzianek, ale wiesz, czego się spodziewać. Chcemy być tego typu zespołem. Mając już tyle albumów na koncie, myślę, że fani wiedzą, co ich czeka. Wiedzą, że nie będziemy się nad nimi rozczulać. Jeśli coś się zmienia, to myślę, że stajemy się bardziej ekstremalni przez nasz rozwój jako muzyków. Im dalej idziemy, tym bardziej ekstremalnego grania możemy się podjąć. Death metal przypomina sport olimpijski: potrzeba wiele wytrwałości i wytrzymałości fizycznej, żeby grać to cholerstwo na bębnach, gitarze, czy basie. Wymaga wiele poświęceń. A my chcemy być z siebie zadowoleni. I tutaj właśnie pojawiają się te wszystkie techniczne wyzwania. Dlatego co dwa lata piosenki stają się coraz trudniejsze do zagrania. Ale to też sprawia, że odczuwamy ogromną satysfakcję z grania nowych piosenek na żywo. Granie utworów z „Abysmal” będzie dla mnie naprawdę ekscytujące pod tym względem. Teraz do setlisty doszedł jeszcze „Vlad”, więc niedługo zobaczymy, jak zaprezentuje się na festiwalach.

AP: Skoro mowa o koncertowaniu, a tego zresztą Wam nie brakuje, jaka jest Twoja najbardziej i najmniej lubiana rzecz jeśli chodzi o bycie w trasie?

TS: Najgorszą rzeczą jest na pewno podróżowanie. Zwłaszcza jeśli chodzi o miejsca takie jak Ameryka Południowa, gdzie musisz latać każdego dnia. To jest naprawdę cholernie męczące. Musisz wstać wpół do szóstej rano, wsiąść do samolotu, potem grasz show i nie idziesz spać do drugiej w nocy. Po jakimś czasie to może Ci się dać we znaki. Ale koncert sam w sobie Ci to wynagradza. Być blisko fanów, wejść z nimi w interakcję, grać dla nich i uszczęśliwić parę osób – dlatego to właśnie robimy. Zespół jest większy, niż kiedykolwiek nam się marzyło. To wszystko jest jak rozdział mojego niekończącego się snu. Teraz musimy tylko zobaczyć, jak daleko damy radę go pociągnąć. Płyta za płytą, kawałek po kawałku. Dziś nie widać tego końca, a energia jest ta sama, mimo tego, że robimy to od jakiegoś czasu. Obserwowanie naszego wzrastania do tego, czym teraz jesteśmy jest naprawdę świetne. Dlatego nagrywamy z taką prędkością i tyle koncertujemy. Chcemy być na bieżąco w świadomości ludzi i wydaje się, że to działa. Ciężka praca się opłaca, ale oczywiście ma swoje minusy. Tak jak czekanie, które zajmuje dużą część bycia w trasie. Chyba większość ludzi, którzy się poddają i to zostawiają, robią to dlatego, że widzą, że nie jest to takie zabawne, jak może się wydawać. [śmiech]

AP: Wy całkiem dobrze to znosicie i dobrze widzieć, że sprawia Wam to przyjemność. Fani wyczuwają, kiedy ktoś udaje.

TS: Myślę, że łatwo zauważyć, że dobrze się bawimy, kiedy jesteśmy na scenie. Nie mogę się powstrzymać od uśmiechu, kiedy widzę reakcję ludzi na naszą muzykę. Jest ona w całości stworzona i wyśniona przez nas, więc gdy widzę, jak poważnie ludzie ją odbierają i ile dla nich znaczy – nie będę ukrywał, ile to dla mnie znaczy. I każdego dnia można to odczuć po moim wyszczerbionym uśmiechu podczas każdego koncertu.

AP: Wspomniałeś popularność i sławę. Kiedy zaczynaliście, mówiłeś jaki wpływ miały na Was zespoły takie jak Carcass. Potem miałeś okazję dzielić z nimi scenę. Co czułeś, kiedy po raz pierwszy Ci się to zdarzyło?

TS: Stary, to było niesamowite. Największy honor, jaki na nas spadł, jeśli o mnie chodzi przynajmniej. Mam tatuaż Carcass na ramieniu, byłem wielkim fanem od zawsze, więc nawet fakt, że byliśmy poproszeni o współpracę było wielkim zaszczytem. A w tych sytuacjach nie umiem wyluzować. Próbuję podejść do nich i pogadać jak z kumplami, ale w głowie leci tylko „O mój boże, o mój boże, o mój boże!”. Bo goście razem z Cannibal Corpse i Napalm Death byli dla mnie wzorem odkąd miałem jakieś trzynaście lat. A teraz bycie z nimi w trasie czy nawet dzielenie autokaru – jak z Cannibal Corpse – to dla mnie jak sen. Tym bardziej, że udaje nam się przeżyć na kasie, jaką zarabiamy jako zespół, dzięki temu, że gramy tak intensywnie. Życie w Michigan jest dość tanie, bo ekonomia tu nie należy do najlepszych, więc to jest akurat na naszą korzyść. Ale komplement od którego z tych zespołów jest dla mnie zapłatą większą niż pieniądze. To najbardziej zajebista rzecz, jaką sobie mogłem wymarzyć.

AP: A zdarzyło Ci się być po drugiej stronie medalu? Czy jakiś młodszy zespół powiedział Wam kiedyś, że byliście dla nich inspiracją?

TS: O tak, jest sporo takich młodszych zespołów. Kiedy zaczynaliśmy, sami byliśmy postrzegani jako młody zespół; nie mieliśmy dwudziestu lat. Teraz jest wiele młodych zespołów, dla których my jesteśmy przykładem. I jest to ekscytujące, że inne zespoły się nami inspirują i patrzą na nas, jak na święty gral. Jak na przykład Lorna Shore, z którymi graliśmy i którzy byli pod wrażeniem tego, co my robimy. To jest fajne, słodkie, [śmiech], miłe słyszeć komplementy.

AP: Wspomniałeś o pieniądzach. Oczywiście są one ważne w życiu. Ostatnio głośno i często – za sprawą Taylor Swift – mówi się o serwisach internetowych udostępniających muzykę i czy to dobrze czy źle. Co Ty sądzisz o tym wszystkim? Czy jest dobrze tak, jak jest, czy przydałyby się zmiany?

TS: Wiesz, być może potrzeba zmian w tym, jak wyglądają te muzyczne serwisy internetowe, ale uważam, że słuchanie paczki bilionerów płaczących z tego powodu nie zacznie żadnej rewolucji, bo tylko sprawia, że wszyscy wyglądają na zachłannych. Osobiście wolę ludzi udostępniających muzykę w ten sposób, niż po prostu kradnących ją. Nie jest to najlepszy sposób zapłaty dla zespołów, ale jest to lepsze niż nic. Ja jestem bardziej oldschoolowym gościem. Siedzę sporo w internecie i szukam nowych zespołów i nowej muzyki, ale z drugiej strony – kupuję płyty prawie każdego dnia mojego życia. Lubię kolekcjonować muzykę. Rozumiem, że czasy się zmieniają i że fizyczne nośniki są u progu wyginięcia…

AP: Tak myślisz?

TS: Tak. Rozumiem wygodę kupowania plików i to, że nie zajmują fizycznie miejsca w Twoim domu. Mój pokój jest zapełniony tysiącami death metalowych płyt i zabierają mi miejsce, więc rozumiem takie podejście. Ale myślę, że death metal jest muzyką dla ludzi lubiących kolekcjonować muzykę; oni rozumieją od podszewki, jak operują te zespoły i że kupno płyty naprawdę dla nich się liczy i im pomaga. Nie mam jednak zamiaru wyjść i grozić wszystkim palcem, bo internet jest jednym z mediów, dzięki którym death metal jest jak szeroko znany. Internet jest radiem death metalu, jego megafonem, dzięki któremu tak bardzo międzynarodowa scena trzyma się razem. Zwłaszcza jeśli mówimy o tak specyficznych podgatunkach jak brutalny death metal, który dzięki internetowi trzyma się w kupie. Myślę, że internet jest złem koniecznym. Lubię to, jak dzięki niemu powiększyła się moja wiedza o muzyce i ile poznałem zespołów, ale nadal kupuję tony płyt, żeby wspierać zespoły. Przede wszystkim te niszowe. Uwielbiam polować na takie albumy i czuć się, jakbym miał cały czas piętnaście lat.

AP: Dla mnie trzymanie w rękach i oglądanie okładki i książeczki płyty jest częścią doświadczenia i przeżywania muzyki, której się słucha.

TS: O tak! Chciałbym, żeby to nie odeszło; żeby ludzi nadal chcieli się tak zagłębiać w to przeżycie. Zwłaszcza jeśli okładka jest tak dobra, że polepsza całe doświadczenie. Ja sam wpatruję się w nie próbując uchwycić wibracje. To wizualne połączenie daje więcej mocy. To aby „Abysmal” miało dobrą okładkę jest dla nas bardzo ważne, bo widzę ten związek i o ile bardziej fani przeżywają, kiedy jest ona dobra. Uważam, że warto walczyć, aby to przetrwało.

AP: Na koniec zmiana tematu. W waszych piosenkach jest wiele odniesień do horrorów. Pytanie zatem brzmi… co było najbardziej przerażającą rzeczą, jak przydarzyła się wam jako zespołowi?

TS: Takim momentem horroru był wypadek, który mieliśmy w Montrealu, kiedy to prawie się rozbiliśmy samochodem. Było bardzo ślisko, była burza śnieżna, a kierowcą był nasz były basista Bart [Williams]. Wpadliśmy w poślizg wanem z przyczepą i kręciliśmy się w kółko jak tornado. Przyczepa się odłamała, przekoziołkowała parę razy i rozbiła wyrzucając cały nasz sprzęt i merch. Wan kręcił się i wypadł z drogi, ale na szczęście stanął w śniegu i nikomu nic się nie stało. Słyszysz co jakiś czas o wypadkach zespołów i -odpukać- mam nadzieję, że nigdy nam się to nie przytrafi. To było przerażające. Na dodatek nasz gitarzysta John [Kempainen] właśnie odszedł zaraz przed trasą i nie mieliśmy za niego zastępcy. To było upokarzający i najniższy punkt naszej kariery, i wtedy kiedy odetchnęliśmy i zbieraliśmy nasz sprzęt z pieprzonego lodu i ze śniegu na trzy stopy myślałem sobie „To jest najgorszy moment w historii koncertowania dla nas. Kropka.” I tak w istocie było, ale potem przyszedł Ryan Knight i nagraliśmy „Deflorate” i „Ritual” i nie oglądaliśmy się za siebie. Choć było źle – doprowadziło do dobrych rzeczy, ale ten moment był do dupy.

AP: Cieszymy się, że tak z tego wyszliście. Co powiesz fanom, którzy czekają teraz na Was w Europie?

TS: Oczywiście teraz będziemy u Was na festiwalach, ale mamy w planach konkretną trasę w zimie i odwiedzimy wszystkich. Mamy na tę okazję dobrą ekipę, której nie mogę teraz jeszcze zdradzić, ale będzie zajebiście i na pewno wrócimy parę razy z tym albumem. Nie mamy zamiaru przestawać, więc przygotujcie się na „Abysmal” z The Black Dahlia Murder w 2015 i później.

AP: Dzięki za rozmowę i Twój czas. Życzymy Wam wszystkiego najlepszego w przyszłości!

TS: Dzięki również!

Rozmawiał: Marcin

Facebook The Black Dahlia Murder