AntyPortal.net

The Flying Eyes - Lowlands

Poprzedni album The Flying Eyes – "Done So Wrong" był co najmniej ponadprzeciętny. Pisząc o nim krótko niewiele można by się pomylić używając sformułowania "Hit na hicie i hitem pogania". Gdyby "Lowlands" było jeszcze lepsze musiałoby być majstersztykiem.

 

Dobrze się w zasadzie stało, że do pisania tej recenzji zasiadłem już po tym jak udało mi się zobaczyć The Flying Eyes z nowym materiałem na żywo. Jak już wspomniałem we wstępie, "Done So Wrong", jest albumem, któremu ciężko dorównać, a co dopiero nagrać coś lepszego. Stąd zapewne moje pierwsze wrażenia ze słuchania "Lowlands" określiłbym jako małe rozczarowanie. Amerykanie brzmią na nim mroczniej i ciężej niż kiedykolwiek poprzednio. Zdarzały się im wycieczki w cienie, ale całego albumu w nich ulokowanego nie nagrali. Zazwyczaj bym to zaliczył na plus, ale po tym jak dane mi było usłyszeć ich na żywo mogę z cała pewnością powiedzieć, że brzmienie tego albumu mogłoby być o wiele lepsze.

 

Rozumiem, że kiedy się zespołu słucha „live” dochodzi adrenalina i więcej decybeli w uszach, niż można sobie pozwolić w domowym nomen, omen zaciszu. Rozumiem też, że może to sprawić, że nawet przeciętny zespół może zabrzmieć genialnie. Ale zazwyczaj, jeśli chodzi o przestrzeń, to właśnie sale klubów wypadają blado w porównaniu z domowym zestawem do odsłuchu. Tymczasem w nie będącej opus magnum dobrej akustyki warszawskiej Harendzie The Flying Eyes brzmieli lepiej niż na krążku.

 

Właśnie to przesadnie „zbite” i skondensowane brzmienie „Lowlands” było odpowiedzialne za moje początkowe rozczarowanie. Jak tylko usłyszałem pierwsze dźwięki „Rolling Thunder” na żywo otworzyłem szeroko oczy. Różnica w brzmieniu pomiędzy wersją znaną mi z płyty, a tą która właśnie uderzała mnie w uszy, wyglądała, jakby ten sam utwór grały dwa różne zespoły. Ciężar i mrok są jak najbardziej w rocku wskazane. O ile da się im na tyle miejsca, żeby mogły się swobodnie rozpościerać.

 

 

Koniec, końców „hitów” tak nośnych, w takiej ilości jak na poprzednim wydawnictwie tu nie ma. Ale czy w zasadzie to takie straszne zaskoczenie, jeśli mówimy o zespole grającym blues rocka z elementami psychodelii? Jest to raczej bardziej wymagająca i złożona, choć w zasadzie praktycznie ta sama muzyka co na poprzednich krążkach. Jakkolwiek śmiesznie by to nie brzmiało, The Flying Eyes dali przykład jak niewielkie zmiany mogą mieć duży wpływ na ogół. I gdyby tylko nie to „ciasne” brzmienie...

Trackista: 

01 – Long Gone

02 – Under Iron Feet

03 – Rollin Thunder

04 – Smile

05 – Alive in Time

06 – Lowlands

07 – Eye of Storm

08 – Comfort Machine

09 – Surrender

Rok wydania: 2013

Wydawnictwo:  Nois-O-Lution

 

OCENA: 4,5/6

Comments:

Copyright (c) Antyportal.net - 2014

Top Desktop version

Dołącz do nas na Facebook'u
Śledź nas na Tweeterze